Żniwa w krainie jasnowidzów (Sąpolno Człuchowskie 1998)


Ta zbrodnia była na wskroś prowincjonalna. Impreza po żniwach, kradzież worka ze zbożem i lokalny wałkoń, który wyszedł na grzyby i nie wrócił. To wszystko zaś pod czujnym, wszystkowidzącym okiem zamieszkujących powiat człuchowski jasnowidzów.



W sierpniu 1998 roku na posterunku policji w Przechlewie zjawiła się kobieta, która zaniepokojona o swojego syna. 32-letni Mirosław od 10 dni nie dawał znaku życia. Na początku kobieta kompletnie się tym nie przejmowała. Mirosław nie należał do osób prowadzących jakiś szczególnie regularny i odpowiedzialny tryb życia. Urywanie się na kilka dni bez zapowiedzi, libacje z kolegami w plenerze czy u kogoś w domu – to był dla niego dość typowy sposób spędzania czasu. Ale tym razem nie było go dłużej niż zwykle, a do tego wszyscy potencjalni kompani, z którymi mógł sobie imprezować, twierdzili, że od dawna go nie widzieli.


Nie tęskniłem za Mirosławem


Trzeba szczerze powiedzieć, że chyba nikomu tak naprawdę Mirosława za bardzo nie brakowało. To trochę przykre, choć trudno mieć za złe sąsiadom, że nie przepadali za Mirkiem, który specjalizował się w drobnych kradzieżach, często kogoś zaczepiał i ogólnie był osobą raczej uciążliwą. Miał na pieńku z wieloma osobami w Sąpolnie i okolicy. Jedną z tych osób był Piotr. Tak się złożyło, że to właśnie w jego gospodarstwie Mirosław był widziany po raz ostatni przed zaginięciem.





Casanova spod Człuchowa


W gospodarstwie Piotra świętowano akurat zakończenie żniw. Wśród gości znaleźli się bliźniacy Władysław i Stanisław oraz jeszcze jeden znajomy, Waldemar. Gospodarzem tych prywatnych dożynek był Piotr. Mężczyzna uchodzący podobno za lokalnego Casanovę.

Wieść gminna przypisywała mu kilkadziesiąt kochanek, z czasem plotki głosiły już, że były to setki. Podobno w ciągu jednego tygodnia potrafił "mieć trzy kobiety". Jeden z jego sąsiadów powiedział nawet, że „Jak mu nie chciały dać, to je w domu zamykał”. Nie jestem pewna, co to to znaczy, ale brzmi nie całkiem legalnie. Na pewno uchodził za miejscowego uwodziciela. Znów zacytuję opinię sąsiada: "był jurny i żadna baba mu się nie oparła i żadna odchodzić od niego nie chciała"