Mateusz Żukowski poszedł do Tarnogóry (Ujazdów 2007)



Mateusz Żukowski zaginął w Dzień Matki. Gdy w Ujazdowie pod Zamościem mówiło, się że ktoś poszedł do Tarnogóry, oznaczało to, że utonął w przepływającej w pobliżu rzece Wieprz i prąd poniósł go do oddalonej o kilkanaście kilometrów Tarnogóry. Nie jest to więc coś, co jakikolwiek rodzic chciałby usłyszeć o swoim zaginionym dziecku.




To będzie nie tylko historia tajemniczego zaginięcia dziecka, którego sprawa do dziś nie została rozwiązana, ale także historia rodziny, a przede wszystkim ojca, który od 13 lat nie przestaje szukać tragedię rozmaite szumowiny wykorzystują, żeby zarobić, żeby się zabawić, z okrucieństwa, w głupoty, czy z innych żałosnych i chorych pobudek. Jest to również historia, w które powraca jak bumerang dobrze nam już znany motyw prowincjonalnej zmowy milczenia.


Mateusz Żukowski i jego ostatnie chwile


Tamtego dnia Mateusz wybrał się rano na ryby ze swoim tatą, Andrzejem, z którym lubił spędzać czas, był z nim zżyty. Pojechali więc tylko we dwóch. Chociaż był dopiero maj, to zrobił się taki upał, że panowie długo na tych rybach nie wytrzymali. Andrzeja rozbolała głowa i koło 14.30 wrócili do domu. Tata położył się, żeby się zdrzemnąć, a Mateusz włączył komputer, żeby sobie trochę pograć. Umówili się, że pod wieczór, jak już się zrobi chłodniej, pojadą znowu nad wodę, żeby dokończyć połów. Ale czekając na te ryby Mateusz nie wytrzymał oczywiście za długo w domu. Pojawili się jacyś koledzy i chłopak wypadł z domu, żeby się z nimi pobawić w pobliskim parku. Powiedział wprawdzie, że wróci, żeby iść z ojcem na ryby, ale gdy minęła 16, a chłopca dalej nie było, Andrzej postanowił jechać bez niego. Niepokoić zaczęto się dopiero, gdy o godzinie 21 Mateusza wciąż nie było w domu.



<